Nasza patronka

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus

Kiedy się urodziła, nie zauważono spektakularnych zjawisk. Nie spodziewano się wtedy, że jej życie zmieni życie Kościoła. Była ostatnim dzieckiem pobożnych małżonków. Ukochana, wyczekiwana, rozpieszczana. Jako czteroletnie dziecko została osierocona przez matkę, ale Ojciec i starsze siostry wychowali ją na człowieka prawego sumienia. Zdobyła tylko podstawowe wykształcenie, jednak umysł miała szeroki, a jeszcze szersze serce. Gdy zapadła na chorobę, którą trudno było medycznie zdiagnozować, uratował ją cudownie „uśmiech Maryi”. Gorączka, drgawki i przerażające halucynacje ustąpiły. Później doświadczyła jeszcze jednego cudu, który przemienił jej duszę i wrażliwość. Jezus dał jej wolność od nadwrażliwości. Wtedy mogła już zacząć do Niego biec. I nie wahała się ani chwili. 

Od piętnastego roku życia była karmelitanką surowej reguły. Przez dziewięć lat, nigdy nie opuściła swojego klasztoru. Miała wiele talentów, ale słabe zdrowie. Nie skarżyła się, nie użalała nad sobą. Wykonywała zakonne obowiązki, pomagała też innym. Serce miała kochające, spojrzenie przenikające do głębi duszy. Widziała dobro w człowieku. Wierzyła, że Bóg prawdziwie zamieszkuje ludzkie serca, dlatego nie zniechęcała się słabościami tych, z którymi żyła pod jednym dachem. Kochała swoje siostry heroicznie i bezwarunkowo. 

Chciała być misjonarką, na wszystkich kontynentach jednocześnie oraz męczennicą, by cierpieć z miłości do Jezusa największe tortury świata. Pragnęła być kapłanem, by z największą czułością dotykać Najświętszego Ciała Pana, ale też apostołem, doktorem, prorokiem, wojownikiem i obrońcą Chrystusowego Kościoła. Jej pragnienia to istne szaleństwo. Nie znosiła połowiczności. Zamieszkała w Sercu Kościoła – tam złączona z Sercem Jezusa jak w duchowej centrali mogła wypełnić pragnienia swoje oraz tych, którzy potrzebowali Jego Miłości. 

Umarła mając dwadzieścia cztery lata, w wielkim cierpieniu, wyniszczona przez gruźlicę, wychudzona, z odleżynami do kości. Na jej pogrzebie było kilkanaście osób. Grobowa ziemia przyjęła jej ciało, ale duszę przyjął jej Oblubieniec i Pan. Niczego dla siebie na ziemi nie pozostawiła – wszystko oddała Jezusowi. Stanęła przed Nim z pustymi rękami. Nie żyła dla nagród – żyła dla Miłości. 

Aby dojść do Jezusa wybrała drogę zupełnie nową. Drogę małą. Drogę ufności i miłości. Drogę prostoty. Nie chodzi w niej o wielkie czyny, chodzi o wielką miłość. Nie o zasługi, lecz o przyjęcie daru. Nie o spektakularną duchowość, lecz o świętą codzienność. To sposób życia dostępny dla każdego, niezależnie od powołania, które się realizuje. Współczesny świat nie rozumie drogi Teresy. On stawia w centrum swoje potrzeby, a dla Teresy początkiem i końcem wszystkiego był Jezus Chrystus. On był jej Słońcem…  

Na małej drodze oświetlonej blaskiem Jezusa, Teresa dostrzegła wyraźnie, że Bóg jest Ojcem. Miłującym. Miłosiernym. Tę prawdę nam zostawiła. Tylko widząc Jego Ojcowskie Oblicze mamy odwagę odkrywać, że jesteśmy Jego dziećmi. Tylko widząc Ojca, mamy odwagę postępować jak dzieci, które nic nie muszą, ale które mogą wszystko.